czwartek, 15 maja 2014

Męska prostytucja na wesoło

„Casanova po przejściach” to zadziwiająco bardzo allenowski film Johna Turturro. Błyskotliwa komedia swoim klimatem przypomina kino Woody’ego Allena, który, łącząc inteligentny dowcip z lekką powagą, opowiada o miłości, seksie, ludzkiej naturze i różnicach społecznych we współczesnym świecie. Warstwa wizualna i dźwiękowa „Casanovy po przejściach” sprawia wrażenie, że „starszy kolega” Turturro maczał tu swoje palce. Abstrahując od jego reżyserskiego wkładu, Allen jako odtwórca jednej z głównych ról prezentuje się wyśmienicie, kradnąc każdą scenę, w której występuje i właśnie głównie dla tej kreacji warto wybrać się do kina.

/Fot. Materiały promocyjne
 Akcja komedii o żigolaku została osadzona w Nowym Jorku, który w sposób szczególny kojarzy się z seksem za sprawą kultowego „Seksu w wielkim mieście”. W słynnej metropolii tytułowy Casanova, Fioravante (John Turturro), za pieniądze spełnia fantazje seksualne kobiet. Wszystko zaczęło się od problemów finansowych jego starszego przyjaciela – Murraya Schwartza (Woody Allen), właściciela antykwariatu, który, będąc na skraju bankructwa, nagle podczas rozmowy ze swoją dermatolog (Sharon Stone) wpada na genialny pomysł łatwego i, jak się potem okazuje, dochodowego biznesu. Znudzona życiem lekarka pyta się Murraya, czy zna kogoś, kto zaspokoiłby jej specyficzne potrzeby, a ten podsuwa jej Fioravante, który jest jego zdaniem idealnym kandydatem. Nieśmiały pracownik kwiaciarni początkowo nie chce zgodzić się na propozycję przyjaciela, ale w końcu decyduje się pomóc, zwłaszcza, że sam potrzebuje zastrzyku gotówki. Dwójka mężczyzn, kochanek do wynajęcia i jego alfons, rozkręcają interes, który przynosi coraz większe zyski. Następują jednak pewne komplikacje, gdy Fioravante poznaje nietuzinkową klientkę – Avigal (Vanessa Paradis).

„Casanova po przejściach” różni się od innych filmów, które opowiadają o męskich prostytutkach, gdyż pokazuje zupełnie inny obraz kochanka. Wydaje się, że główny bohater amerykańskiej komedii nie jest bardzo atrakcyjny fizycznie, ale dla korzystających z jego usług pań jest zdecydowanie sexy i lepiej, że nie stanowi typ ślicznego chłopca. Tym, co najbardziej je przyciąga do Fioravante jest nie jego uroda, lecz zdolność rozumienia potrzeb kobiet. Jest empatyczny, czuły, romantyczny, wrażliwy, a kiedy trzeba bardziej dziki i namiętny. Klientki czują się przy nim wyjątkowo, często mu się zwierzają, zwłaszcza, że potrafi dobrze słuchać. Poświęca kobietom uwagę i obchodzi się z nimi delikatnie jak z kwiatami, a one przy nim rozkwitają. Mężczyzna nie tylko zna się na kwiatach, ale jest również elektrykiem i hydraulikiem, co według Murraya dodaje mu jeszcze męskości. Zdaniem alfonsa  „jest obrzydliwy, ale w taki pozytywny sposób”. Żigolak w zależności od rodzaju pragnień swoich klientek „staje się” Żydem lub wyższy niż w rzeczywistości (dodając sobie parę centymetrów).

Reżyser maluje rozmaite portrety kobiet: bogatej, ale nieszczęśliwej starszej doktor Parker – mężatki skrywającej swoje frustracje seksualne, która szuka kogoś, przed kim mogłaby otworzyć swoje serce; seksownej, żywiołowej, trochę zwariowanej, obdarzonej gorącym temperamentem i nastawionej wyłącznie na zabawę przyjaciółki pani doktor – Selimy (Sofia Vergara) oraz samotnej, przygnębionej, skromnej wdowy – Avigal , która, żyjąc w ortodoksyjnej społeczności nie pozwalającej na zbyt bliskie kontakty pomiędzy kobietami i mężczyznami, jest spragniona nowych doświadczeń. Wszystkie postacie łączy (szczególnie doktor Parker i Avigal) potrzeba zainteresowania ze strony mężczyzny, przy którym poczułyby się atrakcyjne i odkryłyby siebie na nowo, a to oferuje im Fioravante.

Vanessa Paradis stworzyła najlepszą żeńską kreację w „Casanovie po przejściach”. Sharon Stone i Sofia Vergara, choć dobrze sobie radzą, nie mogą się z nią równać. Avigal, w którą się wciela, jest zachwycająca – tajemnicza, urocza, melancholijna i zdolna do przeżywania silnych emocji. W porównaniu do pozostałych bohaterów w niej zachodzi największa przemiana, którą doskonale oddaje utalentowana Paradis. Przyćmiewa swoją grą Johna Turturro, zresztą nie tylko ona, ponieważ kochanek do wynajęcia w jego wydaniu wypada bardzo blado i mało przekonująco, paradoksalnie stanowiąc najsłabsze ogniwo całej produkcji. Jest taki nijaki… W filmie kobiety za nim szaleją, ale w prawdziwym życiu przechodziłyby obok niego raczej obojętnie. Pomysł na stworzenie mocno oryginalnego uwodziciela był bez wątpienia niezły, ale niestety wykonanie już gorsze. Fioravante bez przekonania oddaje się swojej profesji, mając prawie zawsze ten sam wyraz twarzy. Jest równie spragniony miłości i zrozumienia co kobiety, z którymi się spotyka, ale wygląda, jakby cały czas było mu wszystko jedno.

Vanessa Paradis jest naprawdę świetna, ale pierwsze skrzypce gra Woody Allen jako Murray – cwany, mający głowę do interesów, obdarzony inteligencją i poczuciem humoru, lubiący sobie poflirtować starszy alfons, któremu zależy na szybkim wzbogaceniu się. Graną przez Allena postać ogląda się z wielką przyjemnością i uśmiechem. Aktor sprawia wrażenie, że został stworzony do tej roli. Bez niego „Casanova po przejściach” nie byłby tym samym filmem, a właściwie chyba w ogóle by nie istniał. Nie chodzi jedynie o to, że Turturro, na którym powinien spoczywać największy ciężar gry, jest niewidoczny. Dzięki Murrayowi komedia tętni życiem oraz humorem, zarówno słownym, jak i sytuacyjnym. Ponadto dowcip jest niemal tak samo obfity przez całą narrację, chociaż rarytas stanowi oczywiście jej początek. Kiedy widzimy na ekranie „opiekuna” kochanka, możemy być pewni, że zaraz wygłosi kolejną błyskotliwą uwagę, po której będziemy trząść się ze śmiechu. Jego tekst o integracji czarnoskórych oraz żydowskich dzieci po prostu zwala z nóg. Wspaniałą rozrywkę gwarantują również inni bohaterowie: wspomniane dzieci, Selima i zakochany w Avigal Dovi (Liev Schreiber).

Turturro wypada lepiej jako reżyser niż aktor, ale jeżeli zamierzał swoim najnowszym obrazem dorównać kinu, które tworzy Woody Allen, to daleka przed nim droga. Klimat „Casanovy po przejściach” jest w stylu Allena (jazz na ścieżce dźwiękowej, przestrzeń Nowego Jorku), lecz fabuła jest pozbawiona należytej głębi, w dużej mierze z powodu absurdalnego zakończenia. Wydaje się, że reżyser chciał wzbudzić w odbiorcy oprócz śmiechu także refleksje, jednakże sukces odnosi wyłącznie w pierwszym przypadku. Mimo wszystko, jeśli stawiacie na dobrą zabawę, powinniście obejrzeć tę prześmieszną komedię, gdyż Allen i spółka z pewnością Was nie rozczarują.
                                                                                                                               
Ocena: 3,5/5

Artykuł został opublikowany w portalu http://hatak.pl/ (http://hatak.pl/artykuly/meska-prostytucja-na-wesolo).

piątek, 2 maja 2014

Emigracja z kina

Zamiarem Jamesa Graya było stworzenie klasycznego melodramatu, który za sprawą tragicznej historii i buchających z ekranu emocji poruszyłby widzów do głębi. Amerykański reżyser nie sprostał jednak postawionemu przed sobą zadaniu, ponieważ fabułę „Imigrantki” śledzi się z obojętnością oraz narastającym znudzeniem. Nie można się doczekać napisów końcowych tego trwającego dwie godziny filmu i podczas pokazu wielu osobom rzeczywiście nie udała się ta sztuka. Wasza emigracja z kina jest także bardzo prawdopodobna.

/Fot. Materiały promocyjne
Akcja „Imigrantki” rozgrywa się w 1921 roku w Nowym Jorku, kiedy to dwie młode Polki, siostry – Ewa (Marion Cotillard) i Magda (Angela Sarafyan) przybywają do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Zderzają się z rzeczywistością, która zdecydowanie odbiega od ich marzeń. Chorej na gruźlicę Magdzie nie udaje się przejść selekcji na Ellis Island, a więc Ewa zdana tylko na siebie rozpoczyna podbój Ameryki, a także walkę o sprowadzenie poddanej kwarantannie siostry. By zgromadzić pieniądze potrzebne na ów cel jest w stanie poświęcić własną godność, do czego dochodzi, gdy trafia na ulicę. Polka zostaje wciągnięta w świat prostytucji przez zauroczonego nią Bruna (Joaquin Phoenix). Przypadkowo poznaje również kuzyna swojego „opiekuna”, czarującego Orlando (Jeremy Renner), który oferuje jej swoją pomoc. Rozpoczyna się trójkąt miłosny, a amerykański sen młodej Polki z każdym następnym ujęciem coraz bardziej przypomina koszmar.

Opowieść jest snuta z perspektywy tytułowej bohaterki, co jest często pokazane za pomocą kamery subiektywnej oraz światła. Brutalny, brudny i mroczny świat oglądamy oczami Ewy, która przez uprawianą prostytucję cierpi moralne katusze i czuje odrazę do samej siebie. Jej duszę ogarnia mrok, który to fakt idealnie ilustruje wypełniająca cały kadr ciemność, jaka pojawia się zawsze w momencie stosunku seksualnego. Kobieta wówczas zamyka oczy nie tylko dlatego, żeby nie patrzeć na swojego klienta, ale przede wszystkim z powodu własnego wstydu. Bardzo wiele mówi o bohaterce jej kostium, który w czasie „wolnym od pracy” jest niezwykle skromny i w czarnej tonacji. Wyraża głęboki smutek, a jednocześnie upodabnia Ewę do zakonnicy, chociaż jest przecież daleka od świętości. To wierząca katoliczka, która pragnie przebaczenia za swoje grzechy. W ogóle nie pasuje do tego zepsutego świata, ale dla dobra siostry jest w stanie znieść każdy ból. Jej walka o przetrwanie we wrogim i obcym miejscu udowadnia, że wbrew pozorom posiada wiele siły. Wcielająca się w Polkę Marion Cotillard nieźle poradziła sobie z rolą, ale jej gra nie zachwyca – z winy scenariusza, który rysuje jej postać grubą kreską i nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł. W miarę upływu czasu widz ma już dosyć tego martyrologicznego obrazu i chciałby zobaczyć coś więcej niż ciągłą zbolałą minę cierpiącej kobiety. Na twarzy Ewy bardzo rzadko malują się bowiem jakieś inne emocje. Mimo wszystko aktorce na pewno należy się uznanie za całkiem dobre opanowanie trudnego dla większości obcokrajowców polskiego języka.

O wiele bardziej złożoną psychikę ma Bruno, który jest pozbawiony skrupułów, gwałtowny, szalony z zazdrości, przebiegły i przerażający. Za jego uśmiechem kryje się okrucieństwo. Alfons przybiera odpowiednią maskę, tak jak podczas przedstawienia z udziałem swoich pięknych „gołąbeczek”, którego ciąg dalszy rozgrywa się w sypialni. Joaquin Phoenix dał popis swoich aktorskich umiejętności, doskonale prezentując targające jego postacią namiętności, rozpaczliwe pragnienie miłości i drogę do autodestrukcji. Stworzona przez niego kreacja jest największym plusem amerykańskiej produkcji.

Niestety o „Imigrantce” można powiedzieć więcej złego niż dobrego. Razi jej banalna historia, będąca nieudanym zlepkiem różnych schematów, a do tego film dłuży się niemiłosiernie. Główna bohaterka cierpi, a my razem z nią, bynajmniej nie dlatego, że łączymy się z nią w bólu, ale z powodu monotonnego, nudnego obrazu, który zwyczajnie nas męczy. Reżyser nie potrafi w interesujący sposób poprowadzić narracji, która jest dodatkowo wyprana z prawdy, głównie przez skumulowanie melodramatycznych, kiczowatych motywów. Mamy więc ciężką chorobę (gruźlicę), samotność, odrzucenie przez bliskich i znalezienie się na marginesie społeczeństwa, uzależnienie, konflikt natury moralnej oraz religijnej, upodlenie ludzkiej osoby, zabójstwo, utratę rodziców podczas wojny, a także miłosny trójkąt. W tym całym męczeństwie Ewy i nieszczęść innych bohaterów ginie wątek miłosny, który powinien być kluczowy dla melodramatu. Miłość Orlando i Bruna (w jego wypadku toksyczna) do jednej kobiety oraz wynikająca z tego faktu wzajemna walka nie porywają widza. Nie jest to wina aktorów, ale reżysera, który nie umie zbudować emocji. Jego filmowe dzieło stworzone w klimacie burleski, z teatrem i operą, samo staje się przedstawieniem, które wieje nudą i sztucznością. Trzeba jednak przyznać, że jest wizualnie piękne za sprawą zdjęć autorstwa Dariusa Khondji („Zakochani w Rzymie”, „Miłość”), który w niezwykły sposób operuje światłem, a także dzięki starannie dopracowanej, oddającej ducha epoki scenografii.

Ciężko jest znaleźć w filmie sekwencje, które szczególnie wybijałyby się na tle całej produkcji. Moją uwagę przyciągnęła symboliczna scena malowania ust przez tytułową bohaterkę oraz zakończenie, choć nie wywołało ono u mnie ani jednej łzy. Być może innych widzów wzruszy „Imigrantka”, ale raczej nieliczne grono wczuje się w tę tragiczną opowieść. Talent Joaquina Phoenixa i nastrojowe zdjęcia to trochę za mało, aby skusić się na najnowszy obraz Jamesa Graya, któremu daleko jest do klasyki melodramatu.

Ocena: 2,5/5

Artykuł został opublikowany w portalu http://hatak.pl/ (http://hatak.pl/artykuly/emigracja-z-kina).

piątek, 18 kwietnia 2014

Niebo istnieje... ale nie w tym filmie

Chyba nie ma osoby, która nie zastanawiałaby się nad tym, co ją czeka po śmierci. Nawet jeśli niezachwianie wierzymy w życie pozagrobowe, to pytamy, jak ono faktycznie wygląda. „Niebo istnieje… naprawdę” w reżyserii Randalla Wallace’a stara się uchylić rąbka owej tajemnicy. Niesamowita, prawdziwa historia, na której został oparty film, jest porywająca, czego nie da się już  niestety powiedzieć o ekranizacji.

/Fot. Materiały promocyjne
Amerykańska produkcja nie przekonuje i nie porusza tak, jak sama relacja czteroletniego chłopca z jego pobytu w niebie. Można wierzyć w tę opowieść lub nie, ale faktem jest, że reżyser nie wykorzystał w pełni potencjału literackiego pierwowzoru. „Niebo istnieje… naprawdę” ubrał w dosyć nudną i zbyt upiększoną formę, zmniejszając w ten sposób wiarygodność historii małego Coltona Burpo (Connor Corum) i niekiedy niebezpiecznie ocierając ją o kicz.Wydaje się, że „przedobrzył” zwłaszcza z zakończeniem, dodając do sceny w kościele pewną postać i w efekcie wywołując odwrotny skutek od zamierzonego. Cała sytuacja wygląda bowiem za cudownie i przesadnie sentymentalnie. Nie jest to mój jedyny zarzut wobec obrazu Randalla Wallace’a. Biorąc pod uwagę temat, jakim jest wyjście z własnego ciała i odbycie wizyty w raju, film powinien być bardziej ekscytujący. Mimo iż posiada więcej sekwencji, które emocjonują w podobny sposób jak ta, w której dziecko znajduje się o krok od śmierci, to jednak cała narracja nieco się dłuży.  Ekspozycja razi swoją obszernością, rozwodząc się między innymi nad trudną sytuacją finansową rodziny pastora, który to wątek z pewnością mógłby zostać skrócony. Trzeba długo czekać, aż fabuła „się rozkręci” za sprawą podróży w zaświaty, zaś późniejsze tempo wydarzeń wcale nie prezentuje się lepiej. Tłumaczenie owego faktu tym, że „Niebo istnieje… naprawdę” należy do gatunku filmowego, który z reguły nie odznacza się szczególną dynamiką, nie wydaje się wystarczające. Problem chyba polega na tym, że reżyser za bardzo rozciągnął w czasie (100 minut) ekranizację światowego bestsellera.

Zdecydowanie najciekawiej wypadają ujęcia, w których główny bohater z dziecięcą niewinnością i prostotą opowiada rodzicom o kolejnych szczegółach swojej wspaniałej wizyty. Jego rewelacje początkowo oboje traktują jak zwykłe fantazje czterolatka, ale dokładny opis tego, co robili, kiedy on znajdował się na stole operacyjnym, wywołuje w nich pewne wątpliwości, które są jeszcze spotęgowane przez relację synka ze spotkania z przebywającymi w zaświatach członkami rodziny, zwłaszcza, że wcześniej nigdy ich nie widział. Chłopczyk mówi o rzeczach, o których istnieniu nie mógł mieć pojęcia. Jego ojciec, Todd-pastor (Greg Kinnear), bardziej się nimi fascynuje od swojej żony, Sonji (Kelly Reilly), ale przynoszą mu one więcej niepokoju niż wiary. Czuje się zagubiony, bo nie wie, czy powinien mówić parafianom o doświadczeniach Coltona, które wyglądają na nieprawdopodobne. Faktem jest, że strach o utratę Coltona, który go ogarnął podczas przeprowadzonego już dawno zabiegu, nie odszedł w zapomnienie, a późniejsze wyznania dziecka nasiliły jego rozdarcie wewnętrzne. Coś się w nim zmieniło i już nic nie będzie takie samo jak wcześniej. Pewnie wiele widzów odniesie podobne wrażenie po seansie. U jednych „Niebo istnieje… naprawdę” może wywołać lęk i zapoczątkować nawrócenie, drugim przyniesie spokój, utwierdzając ich w przekonaniu, że życie pozagrobowe rzeczywiście istnieje, inni nie potraktują tej opowieści poważnie, w dużej mierze dlatego, że nie jest należycie oddana na ekranie.

Dramat nie tylko wzbudza refleksje, ale pozwala także choć na moment „dotknąć nieba” i poznać cząstkę jego tajemnic. Opis raju z perspektywy czterolatka jest niezwykle pasjonujący i w piękny sposób zwizualizowany za pomocą światła, kolorów oraz dźwięków, emanując ciepłem i radością. Uwagi chłopczyka na temat tego, co widział podczas swojej podróży, są przy tym często rozbrajające. W filmie powaga i humor nieustannie idą ze sobą w parze, sprawiając, że mimo trudnego tematu ogląda się go lekko i w dobrym nastroju, który idealnie współgra z optymistycznym przekazem „Niebo istnieje… naprawdę”. Problemy, jakie dotykają rodzinę pastora, są złagodzone przez komizm słowny i sytuacyjny. Bawi na przykład Cassie(Lane Styles), która nokautuje dwóch chłopców nabijających się z jej brata. Jeszcze mocniejszą dawkę śmiechu gwarantuje późniejsza rozmowa zaskoczonych rodziców z córką.

Randall Wallace starał się przedstawić przestrzeń, w której dochodzi do cudownego zdarzenia, na podobieństwo nieba. Choć życie bohaterów z pewnością nie przypomina raju, gdyż nie jest wolne od cierpienia, w kadrach dominuje błękitna, „niebiańska” barwa, zarówno pod względem scenografii, jak i kostiumów. Dodatkowo, większość pejzaży, które oglądamy z ptasiej perspektywy, jest skąpana w złocistym słońcu. Znaczący jest również fakt, że Colton prowadzi rozmowę o zaświatach często podczas bujania się na huśtawce.

Mimo iż obraz „Niebo istnieje… naprawdę”  posiada kilka świetnie zrealizowanych, symbolicznych i klimatycznych  scen, jak choćby moment kulminacyjny, to jednak patrząc na całość kompozycji, trudno jest ją ocenić pozytywnie. Produkcja powoduje pewien niedosyt z racji wymienionych wcześniej elementów, a także gry aktorskiej (nikt z obsady się nie wybija, może z wyjątkiem naturalnego w swojej roli malutkiego Connora Coruma ), którą mogę określić jako poprawną, lecz nie wyzwalającą w odbiorcy dawki emocji współmiernej do prezentowanych wydarzeń. Winą obarczam również operatora, który pokazuje za mało zbliżeń.

Prawdziwa historia „podróży w zaświaty” wydaje się podczas seansu zbyt daleka i nierzeczywista. Film z racji swojej tematyki może zainteresować i wywołać cenne przemyślenia natury religijnej, jednak chyba lepiej sięgnąć po książkę, ponieważ bardziej angażuje i zapewnia więcej wzruszeń.

Ocena: 2,5/5

niedziela, 13 kwietnia 2014

Świeżość w postapokaliptycznej podróży

Specjalista od niekonwencjonalnego kina, Joon-ho Bong, po realizacji nietuzinkowych kryminałów („Zagadka zbrodni” oraz „Matka”) oraz oryginalnego horroru (The Host: Potwór) stworzył artystyczny film sience fiction, który wniósł ogromny powiew świeżości do tego gatunku. „Snowpiercer: Arka przyszłości” zabierze Was w mroczną, alegoryczną, estetyczną i w dużej mierze turpistyczną – gdyż obfitującą w okrutne, brzydkie i krwawe widoki – podróż pociągiem po kolejnej epoce lodowcowej.

/Fot. Materiały promocyjne
Rok 2031. Ludzkość poniosła klęskę w walce z globalnym ociepleniem, doprowadzając do zlodowacenia całej planety. Jedynymi, którzy ocaleli, są pasażerowie stworzonego przez Wilforda (Ed Harris) Snowpiercera – pociągu, który od siedemnastu lat w szalonym tempie porusza się dookoła Ziemi, nie zatrzymując się ani na chwilę. Panuje w nim bezwzględny podział klasowy (doskonale oddany przez kostiumy, scenografię i światło). Za lokomotywą żyje pławiąca się w luksusach elita, a terroryzowani i traktowani jak zwierzęta mieszkańcy ostatnich wagonów skazani są na nędzną egzystencję. Światełko nadziei przynosi im zbuntowany Curtis (bohater o złożonej psychice, którego bardzo dobrze zagrał znany głównie z „Kapitana Ameryki” Chris Evans), towarzysz niedoli, który, stając na czele rewolucji, usiłuje przedrzeć się na sam początek pociągu i przejąć kontrolę nad lokomotywą. Ten, kto ją posiada, sprawuje władzę nad całym światem, skurczonym teraz do rozmiarów szynowego pojazdu. By osiągnąć zamierzony cel, Curtis werbuje do swojego oddziału między innymi Namgoonga Minsu – uzależnionego od dragów geniusza technologii (Kang-ho Song) i jego córkę Yonę – jasnowidzkę (Ah-sung Ko).

„Snowpiercera” można uznać za obiecujący anglojęzyczny debiut koreańskiego reżysera. Film, nakręcony na podstawie francuskiego komiksu "Le Transperceneige" Jacquesa Loba, jest niezwykle specyficzny (w pozytywnym znaczeniu), zdecydowanie wyróżniając się na tle większości produkcji tego gatunku, które stawiają przeważnie na widowiskowość i nie grzeszą nowatorstwem (przychodzi mi tu na myśl „Elizjum” – również traktujące o podziałach społecznych). Joon-ho Bong w swoim dramacie SF prezentuje intrygującą tematykę, poddaje ostrej refleksji ludzką jednostkę, piętnując jej instynkty i prowadzące do zguby zachowania. Zaskakuje bogatą w symbolikę scenografią oraz całą formą audiowizualną, w której efekty specjalne pełnią drugorzędną rolę. Niektórym osobom może ten fakt się nie spodobać, zwłaszcza jeżeli szukają w kinie przede wszystkim zwykłej rozrywki. W konsekwencji nie przypadnie im do gustu nietypowe podejście azjatyckiego twórcy do gatunku.

Dzieło Joon-ho Bonga wymaga od widza uwagi i głębszego namysłu, gdyż wiele sensów tej metaforycznej opowieści nie jest widocznych na pierwszy rzut oka. Docieranie do ukrytych znaczeń, między innymi za pomocą biblijnych (mających związek nie tylko z Arką Noego) oraz kulturowych symboli, stanowi świetną zabawę intelektualną. Najbardziej zafascynowało mnie naznaczenie krwią ust jasnowidzki przez umierającego wroga. Gest ten akurat kojarzy się jednoznacznie, ale jest sporo elementów (rekwizytów czy postaci) trudniejszych do rozszyfrowania. Z okazji zbliżającej się Wielkanocy warto wspomnieć o jajku, ponieważ ów symbol pojawia się w interesującym kontekście. Nie mogę zdradzić szczegółów, ale powiem, że jest to jedna z lepszych scen w filmie.

Jeśli oczekujemy zawrotnej akcji, to „Snowpiercer” wyda się nam nudny. Jego fabuła dosyć prędko się rozkręca, jednakże później dynamika produkcji znacząco spada, kontrastując z wciąż tą samą, olbrzymią prędkością szynowego pojazdu. Akcja nie jest bowiem dla Joon-ho Bonga priorytetem. Koreańczyk pragnie, abyśmy uważnie przyjrzeli się po kolei wszystkim przedziałom i w tym celu zazwyczaj leniwie prowadzi kamerę. Ze wszystkimi detalami prezentuje odrębne mikroświaty, które zmieniają się jak w kalejdoskopie. Każdy z nich skrywa inną tajemnicę. Nie wiemy, kiedy bohaterowie będą znowu zmuszeni stanąć do bitwy w klaustrofobicznej przestrzeni. Za oręż służą im przeważnie ostre i masywne narzędzia. Sceny walk są bardzo o drastyczne i skąpane we krwi, a przy tym zrealizowane z wielką fantazją, polotem i ciekawie dobranymi dźwiękami. Mamy zarówno energetyczne, rockowe brzmienia, które dodają potrzebnego w takich sytuacjach „powera”, jak i muzykę klasyczną, sprawiającą, że straszna rzeźnia zmienia się w filharmonię, w której rozpłatywanie czaszek staje się jakąś makabryczną sztuką. Widz co chwilę przekonuje się o szalonej wyobraźni artysty, któremu nie brakuje pomysłów na następne ujęcia. Reżyser niejednokrotnie posługuje się w nich groteską, tworząc takich bohaterów jak Mason (kapitalna Tilda Swinton), siejąca propagandę nauczycielka (Alison Pill), czy geniusz-narkoman, który wprowadza najwięcej humoru do brutalnej rzeczywistości.

Bez wątpienia wadą filmu jest nie do końca dopracowany, posiadający parę absurdalnych rozwiązań scenariusz, co nie zmienia jednak faktu, że „Snowpiercer: Arka przyszłości” stanowi wartą zobaczenia odmianę SF. Jazdę po wstrząsającej przyszłości polecam nie tylko fanom tego gatunku, gdyż zapewnia ona solidną dawkę refleksji oraz estetycznych i mocnych przeżyć.

Ocena: 3,5/5

Artykuł został opublikowany w portalu http://hatak.pl/ (http://hatak.pl/artykuly/swiezosc-w-postapokaliptycznej-podrozy).

czwartek, 10 kwietnia 2014

Jak zapomnieć?

„Droga do zapomnienia” w reżyserii Jonathana Teplitzky’ego to piękna, wzruszająca opowieść o niesamowitej sile miłości, odwadze, honorze, poświęceniu oraz zmaganiu się z cierpieniem, które niezwykle trudno wymazać z pamięci, a które przekreśla szansę na normalne życie.

/Fot. Materiały promocyjne
Małżeństwo  Erica (Colin Firth) i Patricii (Nicole Kidman) przechodzi ciężkie chwile, ponieważ mężczyzna nie może uporać się ze swoją koszmarną przeszłością. Wojenna trauma nagle wkracza pomiędzy zakochanych, burząc ich krótkotrwałe szczęście. Erica Lomaxa co chwilę atakują bardzo bolesne, przerażające wspomnienia z okresu II wojny światowej, kiedy wraz z innymi żołnierzami brytyjskiej armii został pojmany przez Japończyków i zmuszony do wycieńczającej pracy przy budowie Kolei Śmierci (Kolei Birmańskiej). W nawiedzających go obrazach za każdym razem pojawia się postać tłumacza oficerów Kempetai, Takashiego Nagase (Hiroyuki Sanada), którego boi się jak diabła. Prawdziwym piekłem wszystkich jeńców była niewolnicza, mordercza praca przy kładzeniu torów kolejowych wśród lejącego się z nieba żaru i pod okiem bezlitosnego nadzorcy. Dla Erica wojna tak naprawdę nigdy się nie skończyła. Nie potrafi rozmawiać z żoną, o tym, co go spotkało. Chodzi o coś więcej niż Kolej Śmierci. Szczegóły jego cierpienia są jednak owiane tajemnicą. Patricia postanawia walczyć o ukochanego i ich związek. Mężczyznę czeka długa wewnętrzna droga, w której kluczowe znaczenie ma konfrontacja z Nagase.

Biografia brytyjskiego oficera, będąca ekranizacją bestsellerowej powieści, obnaża okrucieństwo zbrodniarzy wojennych na podstawie dramatu jednego człowieka. Zdobywca Oscara, Colin Firth, idealnie wcielił się w powściągliwego, melancholijnego, walczącego ze swoimi lękami i żądnego zemsty Erica Lomaxa. Aktor, świadomy spoczywającej na nim odpowiedzialności, doskonale poradził sobie z wymagającą rolą. To za jego sprawą obraz bez reszty angażuje odbiorcę i porusza go do głębi, wywołując całą gamę uczuć. Partnerująca Firthowi Nicole Kidman również nie zawodzi oczekiwań. Poza tym na pochwałę zasługuje Jeremy Irvine jako młody Eric – inteligentny, wytrwały, odważny i gotowy do poświęceń żołnierz, który pod wpływem tortur traci wcześniejszą siłę i spokój ducha. Od tej pory bohaterowi najtrudniej będzie przezwyciężyć samego siebie.

„Droga do zapomnienia” to nie tylko znakomite aktorstwo. Moc oddziaływania produkcji tkwi również w fenomenalnych zdjęciach i ścieżce dźwiękowej. Wydaje się, że dramat biograficzny jest gatunkiem filmowym, w którym kwestia zgodności emocji i myśli bohatera ze światem zewnętrznym jest ważniejsza niż w jakimkolwiek innym przypadku. W filmie Teplitzky’ego mocno widać ową odpowiedniość. Stan wewnętrzny postaci oddaje na przykład niespokojne morze, nad brzegiem którego nieprzypadkowo stoi dom Erica i Patricii. Dodatkowo, wielokrotnie powtarzający się dźwięk świszczącego wiatru zwraca uwagę na zdenerwowanie zarówno Erica, jak i martwiącej się o niego żony. Warstwę wizualną podkreśla jednak przede wszystkim wyjątkowa muzyka. Docierają do naszych uszu nie tylko melancholijne, czy budujące napięcie brzmienia, ale także pełne patosu dźwięki, które mają szczególne znaczenie podczas jednej ze scen. Słyszymy chór anielski, który swoim śpiewem jakby uświęca to, co obserwujemy na ekranie. Wrażenie potęguje jeszcze intensywne światło. Bez wątpienia reżyser starannie zaplanował różne środki filmowego wyrazu, dbając o liczne zbliżenia twarzy Lomaxa oraz interesujące najazdy kamery, które ilustrują co dzieje się w głowie mężczyzny, zwłaszcza wtedy, gdy po wielu latach widzi swojego oprawcę.

Jedyną rzeczą, do której można „się przyczepić” w dramacie Teplitzky’ego, jest początkowy chaos fabularny spowodowany przez wspomnienia znienacka dopadające szczęśliwego małżonka. Gwałtowne i nieustanne przeskakiwanie z teraźniejszych wydarzeń do retrospekcji i na odwrót niezbyt się prezentuje, zauważalnie zaburzając ciągłość narracji. Na szczęście owa sytuacja szybko ulega poprawie i pojawiające się naprzemiennie obrazy zyskują pożądaną spójność.

„Droga do zapomnienia” to wyjątkowe kino o silnym ładunku emocjonalnym. Reżyser dopilnował, aby widzowie zapamiętali je na dłużej.

Ocena: 4,5/5

Artykuł został opublikowany w portalu http://hatak.pl/ (http://hatak.pl/artykuly/jak-zapomniec).

poniedziałek, 24 marca 2014

Powtórka z rozrywki

Żartowniś z Montpellier znowu w akcji! Rémi Gaillard wraz ze swoimi zwariowanymi dowcipami zawitał do kin. Teraz można go zobaczyć już nie tylko na kanale YouTube, ale również w pełnometrażowej produkcji „What the Fuck?”. Mimo iż obraz z kontrowersyjnym komikiem w roli głównej jest przezabawny, to stanowi niestety powtórkę z rozrywki. Francuz nie pokazuje prawie żadnego nowego kawału. Jest parę wyjątków, ale jak na cały film to stanowczo za mało.

/Fot. Materiały promocyjne
Jeśli postać Rémiego Gaillarda i jego wyczyny są Ci doskonale znane, to nie polecam oglądania na dużym ekranie tych samych happeningów, które są za darmo dostępne w Internecie, chyba że jesteś prawdziwym fanem wielkiego figlarza. Francuska komedia, nakręcona ewidentnie z myślą o finansowym zysku żerując na popularności prowokującego zgrywusa, powinna spodobać się szczególnie tym, którzy nie znają jeszcze jego „twórczości”, zwłaszcza jeśli są obdarzeni dużym poczuciem humoru i spodziewają się po seansie szalonej zabawy. „What the Fuck?” spełni ich oczekiwania, gdyż jest więcej niż wesoło . Wydaje się wręcz, że reżyser, Raphaël Frydman, przedawkował liczbę gagów. Ich nadmiar wywołuje nie tylko łzy śmiechu, ale niekiedy może być zwyczajnie męczący.



„What the Fuck?” jest filmem fabularnym tylko w teorii, gdyż w rzeczywistości stanowi kompilację najsłynniejszych skeczy popularnego komika, które osiągnęły w sieci ponad półtora miliarda odsłon. Z jednej strony, historia, w której Rémi Gaillard gra samego siebie, wygląda na całkiem dobrze połączoną, zarówno pod względem formy, jak i treści, ze scenkami z YouTube’a, emanując identycznym, komicznym, zakręconym i niekiedy absurdalnym klimatem, ale z drugiej strony, jej wtórność mocno razi. To znane popisy stanowią oś dominującą, wokół której trochę na siłę osnute są dość skąpe i blado wypadające na ich tle wątki. Rémi stworzył kreację trzydziestodziewięciolatka, który spędza życie na realizowaniu coraz to nowych szalonych happeningów i dbaniu o swoją sławę. Jest niezwykle zadowolony z siebie i ani myśli o jakiejkolwiek stabilizacji. Zachowuje się bardzo egoistycznie w stosunku do przyjaciół, a przede wszystkim swojej dziewczyny, Sandry (Nicole Ferroni). Nie ma dla niej czasu i w ogóle jej nie szanuje. Robiąc psikusy przebrany za kolejnego zwierzaka, sportowca, postać z horroru czy kreskówki zapomina o ustalonym spotkaniu albo celowo się na nie spóźnia pozując po drodze do zdjęć. Kiedy Sandra grozi, że go zostawi, bohater postanawia porzucić zajmowanie się „byle czym” i zostać „kimś”, ale okazuje się to strasznie trudne. Bycie poważnym i dojrzałym jest bowiem sprzeczne z jego naturą, a ubieranie się w pluszowe stroje i numery z nimi związane stanowią nieodłączną część jego osobowości. Ponadto kostiumy zwierząt są dla niego swoistym fetyszem połączonym z seksualną przyjemnością. Czy mężczyzna będzie w stanie wyleczyć się z nałogu?

Walka bohatera ze swoim prawdziwym „ja” to spora porcja dobrego humoru. Komicznie wygląda łykanie przez niego końskiej dawki leków i uczęszczanie na spotkania anonimowych dziwaków. W sumie każda sytuacja w filmie wywołuje mniejsze lub większe napady śmiechu. Bawią kręcone z ukrytej kamery dowcipy, często seksistowskie, slapstick oparty na rzucaniu tortem czy ucieczką żartownisia (przywodzący na myśl Chaplina i „Zwariowane melodie”), komizm sytuacyjny i słowny (zwykle dostarczany przez znajomych Rémiego) lub po prostu totalnie rozbrajający śmiech jednej postaci, który jest naprawdę zaraźliwy. Niektóre sceny porażają również absurdem. Mam tu na myśli nie tylko gagi Francuza, ale sytuację z filmu mającą związek z jego przyjacielem. Jednocześnie, zawarta jest w niej brutalna, mimo iż nieco przerysowana, prawda dotycząca dzisiejszego świata i zachowania ludzi. Reżyser posługuje się groteską także w momencie, gdy kpi z reklamy i roli, jaką niejednokrotnie pełnią w niej celebryci. Dzięki temu „What the Fuck?” jest nie tylko zbiorem dziwnych psot, ale może skłonić do namysłu nad naszą rzeczywistością, chociaż refleksja (jeżeli w ogóle się pojawi) będzie chwilowa, ponieważ po chwili obraz znowu zasypie nas skeczami Rémiego. Rytm filmu i praca kamery są tak dynamiczne i szalone jak wyczyny komika.

Wystrój mieszkania i codzienna egzystencja dowcipnisia są nieodłącznie zrośnięte z jego nietypową profesją. Ukazują jego „pokręcone” „ja”, które nie potrafi oddzielić życia od zabawy i z poważnej rzeczy tworzy swój najnowszy numer. Wydaje się, że ciągłe uciekanie bohatera przed rozwścieczoną policją i innymi przypadkowymi ofiarami swoich figli niesie za sobą podwójne znaczenie. Jednocześnie ilustruje ucieczkę przed dorosłością, jakiej się od niego wymaga. W tym kontekście znamienna jest postać smutnego klowna, którą przybiera pod koniec filmu. Jej absurdalna próba samobójstwa zabija śmiechem.

„What the Fuck?” przypomina maraton internetowych filmików z Rémim Gaillardem z domieszką średnio porywającej fabuły. Całość stanowi jednak świetną rozrywkę i doskonałą receptę na poprawę humoru, ponieważ zachowanie podczas seansu poważnej miny dłużej niż pół minuty jest nie lada wyczynem.

Ocena: 3/5

Artykuł został opublikowany w portalu http://hatak.pl/ (http://hatak.pl/artykuly/powtorka-z-rozrywki).

niedziela, 2 marca 2014

Adrenalina non stop

Najnowszy obraz Jaume’a  Collet-Serry pokazuje, że amerykański reżyser wzniósł się na wyżyny swoich możliwości. „Non-Stop” to rewelacyjny, rozgrywający się w zamkniętej i niebezpiecznej przestrzeni samolotu thriller, w którym akcja toczy się niemal cały czas w tym samym, zawrotnym tempie. Collet-Serra wie, jak budować napięcie, kleszcze którego  trzymają widza przez całą projekcję filmu, coraz bardziej się zaciskając.

/Fot. Materiały prasowe
Bill Marks (Liam Neeson) jest agentem federalnym, którego praca polega na ochronie bezpieczeństwa pasażerów linii lotniczych. Chwilę po starcie samolotu na jego służbowy telefon przychodzi SMS z żądaniem 150 milionów dolarów okupu. W przypadku odmowy co 20 minut będzie zabijany kolejny pasażer. W lecącej na wysokości 13 tysięcy metrów nad Atlantykiem maszynie rozpoczyna się gra o życie 146 osób. Jedną z nich jest terrorysta, któremu, jak się później okazuje, wcale nie chodzi o pieniądze. Bill robi wszystko, aby zidentyfikować zabójcę i uratować pasażerów oraz załogę samolotu.

W „Non-Stop” silnie pobrzmiewa poprzedni obraz Collet-Serry – „Tożsamość” (2011). Wygląda na to, że reżyser „korzysta ze sprawdzonych nut”, które zaczynają określać jego indywidualny styl. W obu produkcjach mamy do czynienia ze znakomitym thrillerem pełnym akcji, w którym główną rolę gra Liam Neeson. Nie tylko wybór tego samego aktora, ale również operatora, Flavo Martineza Labiano, i kompozytora, Johna Ottmana, odpowiedzialnego za muzykę pełną niepokoju, idealnie komponującą się ze zdjęciami, wskazuje na reżyserską konsekwencję. Poza tym zarówno w „Tożsamości”, jak i w „Non-Stop”, Collet-Serra w mistrzowski sposób zawiązuje intrygę, raczy odbiorcę świetną akcją, pełną nieoczekiwanych zwrotów wydarzeń oraz interesującym i zaskakującym zakończeniem. Zdaje się także, że większy akcent jest postawiony na rozgrywkę psychologiczną niż na strzelaniny i bójki, których zresztą nie brakuje. To ona poprzez budowanie aury tajemniczości i zagrożenia zapewnia najwięcej emocji i stanowi największą zaletę kina Collet-Serry. Warto wspomnieć, że w „Non-Stop” powraca też w pewien sposób motyw tożsamości… Jeżeli podobał się Wam poprzedni obraz amerykańskiego twórcy, to jego najnowszy „podniebny thriller” wzbudzi w Was jeszcze większy zachwyt. O wiele mocniej wciska w fotel. W odróżnieniu od „Tożsamości” miejsce akcji stanowi zamknięta, wroga przestrzeń pasażerskiego samolotu, która potęguje wrażenie osaczenia. Stworzenie tak dobrego i właściwie cały czas trzymającego w napięciu filmu przy wykorzystaniu bardzo ograniczonej i ubogiej scenografii świadczy o kunszcie reżysera.

Collet-Serra od pierwszych kadrów przygotowuje widza na to, co wkrótce ma się wydarzyć. Ponure zdjęcia i atmosfera grozy – wyczuwalna w znacznej mierze za sprawą odpowiednio dobranej muzyki, a wzmocniona jeszcze przez płacz dziecka – zwiastują przyszłe, koszmarne zdarzenia. Znamienne jest ujęcie małej, przestraszonej dziewczynki, która nie chce wejść na pokład samolotu, jakby przeczuwając to, co ma za chwilę nastąpić. Od startu maszyny i pierwszego SMS-a otrzymanego przez agenta reżyser nagle podkręca „temperaturę” i prędkość wydarzeń rozgrywających się w budzącym krew w żyłach miejscu opanowanym przez nieuchwytnego zabójcę, który wybiera sobie następne ofiary. Wraz z głównym bohaterem angażujemy się w poszukiwanie sprawcy. Non-stop mamy dostarczaną solidną dawkę adrenaliny. Akcja toczy się coraz szybciej, bez reszty wciągając odbiorcę. Jej dynamika przywodzi na myśl pędzący 800km/h samolot, w którym została osadzona fabuła filmu. W drugim akcie widać niewielki spadek tempa w stosunku do szalonego i porywającego początku ryzykownej gry, jaką Bill Marks zaczyna prowadzić z terrorystą, choć nadal jest intensywnie i niezwykle ciekawie. Można wówczas bardziej skoncentrować się na tym, co dzieje się wewnątrz umysłu głównej postaci, która przez kolejną nieudaną próbę zidentyfikowania przestępcy zbliża się do skraju wytrzymałości. Puszczają jej nerwy, a sytuacja coraz bardziej się komplikuje. Terrorysta okazuje się nieuchwytnym i bardzo trudnym przeciwnikiem uderzającym z najmniej spodziewanej strony, ale zawsze o ustalonym czasie. Agent podejrzewa już każdego i jest zdolny do wszystkiego, by tylko zakończyć tę śmiertelną rozgrywkę. Jego roztrzęsienie wewnętrzne trafnie oddają momentami „drgające” i niewyraźne zdjęcia, którym towarzyszy zatrważająca ścieżka dźwiękowa. Mężczyzna znajduje się o włos od popadnięcia w szaleństwo.

Bardzo ważną rolę w prezentowanej historii odgrywają słabości osoby czuwającej nad bezpieczeństwem pasażerów. Jeszcze zanim dochodzi do przerażającego lotu, z powodu pewnych życiowych okoliczności jest ona, delikatnie mówiąc, w nienajlepszej kondycji psychicznej. Ponadto ma problemy z alkoholem i – paradoksalnie – boi się latać. Można powiedzieć, że Bill to „agent z problemami”, ale w żadnym wypadku ani zabójca, ani pozostali podróżni nie powinni go lekceważyć. Liam Neeson, który wcielił się w tę interesującą, złożoną postać, stanął na wysokości zadania. Stworzył bohatera z krwi i kości, który wypada naprawdę przekonująco. Grę partnerującej mu Julianne Moore jako Jen Summers – tajemniczej towarzyszki podróży i zarazem sprzymierzeńca w „polowaniu na mordercę” – również ogląda się z przyjemnością.

Fabuła „Non-Stop” została umiejętnie skonstruowana, ale z jednym wyjątkiem. Nie jest do końca jasna śmierć pewnego uczestnika lotu, a dokładniej mówiąc: sposób działania terrorysty. W kontekście zaistniałej sytuacji wydaje się bowiem niemożliwe, aby to ta osoba była odpowiedzialna za owe zabójstwo (a jest niezaprzeczalnie). Poza tym filmowi trudno coś zarzucić. Jego zaletę stanowi fakt, że nie jest napakowany efektami specjalnymi, które mogłyby przysłonić jego najważniejsze walory, czyli wspaniałe kreacje aktorskie oraz wyśmienitą intrygę (chociaż posiadającą wspomnianą wadę) zawierającą pasjonującą walkę bohaterów na poziomie psychologicznym i fizycznym. Na pochwałę zasługuje również klimatyczna muzyka, nieustannie zapewniający emocje i nie pozwalający na nudę montaż, a także dobra praca kamery, zwłaszcza podczas bójki na śmierć i życie, która ma miejsce w toalecie. Istotne znaczenie w tej scenie posiada lustro, w którym przegląda się Bill Marks.

Jaume Collet-Serra swoją najnowszą produkcją potwierdza dobrą „reżyserską formę”. Pomimo drobnych mankamentów „Non-Stop” jest thrillerem wysokich lotów, który dostarcza wielu wrażeń. Ogląda się go dosłownie z zapartym tchem. Choć powstało sporo trzymających w napięciu filmów, które rozgrywają się w samolocie, to jednak obraz z Liamem Neesonem stanowi powiew świeżości. Pozycja startowa, jaką wyznacza agentowi terrorysta, jest niezwykle interesującym pomysłem. Nie zdradzając więcej szczegółów, powiem tylko, że „Non-Stop” jest warte zobaczenia.

Ocena: 3,5/5

Artykuł został opublikowany w portalu http://hatak.pl/ (http://hatak.pl/artykuly/adrenalina-non-stop).