Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joaquin Phoenix. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joaquin Phoenix. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 maja 2014

Emigracja z kina

Zamiarem Jamesa Graya było stworzenie klasycznego melodramatu, który za sprawą tragicznej historii i buchających z ekranu emocji poruszyłby widzów do głębi. Amerykański reżyser nie sprostał jednak postawionemu przed sobą zadaniu, ponieważ fabułę „Imigrantki” śledzi się z obojętnością oraz narastającym znudzeniem. Nie można się doczekać napisów końcowych tego trwającego dwie godziny filmu i podczas pokazu wielu osobom rzeczywiście nie udała się ta sztuka. Wasza emigracja z kina jest także bardzo prawdopodobna.

/Fot. Materiały promocyjne
Akcja „Imigrantki” rozgrywa się w 1921 roku w Nowym Jorku, kiedy to dwie młode Polki, siostry – Ewa (Marion Cotillard) i Magda (Angela Sarafyan) przybywają do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Zderzają się z rzeczywistością, która zdecydowanie odbiega od ich marzeń. Chorej na gruźlicę Magdzie nie udaje się przejść selekcji na Ellis Island, a więc Ewa zdana tylko na siebie rozpoczyna podbój Ameryki, a także walkę o sprowadzenie poddanej kwarantannie siostry. By zgromadzić pieniądze potrzebne na ów cel jest w stanie poświęcić własną godność, do czego dochodzi, gdy trafia na ulicę. Polka zostaje wciągnięta w świat prostytucji przez zauroczonego nią Bruna (Joaquin Phoenix). Przypadkowo poznaje również kuzyna swojego „opiekuna”, czarującego Orlando (Jeremy Renner), który oferuje jej swoją pomoc. Rozpoczyna się trójkąt miłosny, a amerykański sen młodej Polki z każdym następnym ujęciem coraz bardziej przypomina koszmar.

Opowieść jest snuta z perspektywy tytułowej bohaterki, co jest często pokazane za pomocą kamery subiektywnej oraz światła. Brutalny, brudny i mroczny świat oglądamy oczami Ewy, która przez uprawianą prostytucję cierpi moralne katusze i czuje odrazę do samej siebie. Jej duszę ogarnia mrok, który to fakt idealnie ilustruje wypełniająca cały kadr ciemność, jaka pojawia się zawsze w momencie stosunku seksualnego. Kobieta wówczas zamyka oczy nie tylko dlatego, żeby nie patrzeć na swojego klienta, ale przede wszystkim z powodu własnego wstydu. Bardzo wiele mówi o bohaterce jej kostium, który w czasie „wolnym od pracy” jest niezwykle skromny i w czarnej tonacji. Wyraża głęboki smutek, a jednocześnie upodabnia Ewę do zakonnicy, chociaż jest przecież daleka od świętości. To wierząca katoliczka, która pragnie przebaczenia za swoje grzechy. W ogóle nie pasuje do tego zepsutego świata, ale dla dobra siostry jest w stanie znieść każdy ból. Jej walka o przetrwanie we wrogim i obcym miejscu udowadnia, że wbrew pozorom posiada wiele siły. Wcielająca się w Polkę Marion Cotillard nieźle poradziła sobie z rolą, ale jej gra nie zachwyca – z winy scenariusza, który rysuje jej postać grubą kreską i nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł. W miarę upływu czasu widz ma już dosyć tego martyrologicznego obrazu i chciałby zobaczyć coś więcej niż ciągłą zbolałą minę cierpiącej kobiety. Na twarzy Ewy bardzo rzadko malują się bowiem jakieś inne emocje. Mimo wszystko aktorce na pewno należy się uznanie za całkiem dobre opanowanie trudnego dla większości obcokrajowców polskiego języka.

O wiele bardziej złożoną psychikę ma Bruno, który jest pozbawiony skrupułów, gwałtowny, szalony z zazdrości, przebiegły i przerażający. Za jego uśmiechem kryje się okrucieństwo. Alfons przybiera odpowiednią maskę, tak jak podczas przedstawienia z udziałem swoich pięknych „gołąbeczek”, którego ciąg dalszy rozgrywa się w sypialni. Joaquin Phoenix dał popis swoich aktorskich umiejętności, doskonale prezentując targające jego postacią namiętności, rozpaczliwe pragnienie miłości i drogę do autodestrukcji. Stworzona przez niego kreacja jest największym plusem amerykańskiej produkcji.

Niestety o „Imigrantce” można powiedzieć więcej złego niż dobrego. Razi jej banalna historia, będąca nieudanym zlepkiem różnych schematów, a do tego film dłuży się niemiłosiernie. Główna bohaterka cierpi, a my razem z nią, bynajmniej nie dlatego, że łączymy się z nią w bólu, ale z powodu monotonnego, nudnego obrazu, który zwyczajnie nas męczy. Reżyser nie potrafi w interesujący sposób poprowadzić narracji, która jest dodatkowo wyprana z prawdy, głównie przez skumulowanie melodramatycznych, kiczowatych motywów. Mamy więc ciężką chorobę (gruźlicę), samotność, odrzucenie przez bliskich i znalezienie się na marginesie społeczeństwa, uzależnienie, konflikt natury moralnej oraz religijnej, upodlenie ludzkiej osoby, zabójstwo, utratę rodziców podczas wojny, a także miłosny trójkąt. W tym całym męczeństwie Ewy i nieszczęść innych bohaterów ginie wątek miłosny, który powinien być kluczowy dla melodramatu. Miłość Orlando i Bruna (w jego wypadku toksyczna) do jednej kobiety oraz wynikająca z tego faktu wzajemna walka nie porywają widza. Nie jest to wina aktorów, ale reżysera, który nie umie zbudować emocji. Jego filmowe dzieło stworzone w klimacie burleski, z teatrem i operą, samo staje się przedstawieniem, które wieje nudą i sztucznością. Trzeba jednak przyznać, że jest wizualnie piękne za sprawą zdjęć autorstwa Dariusa Khondji („Zakochani w Rzymie”, „Miłość”), który w niezwykły sposób operuje światłem, a także dzięki starannie dopracowanej, oddającej ducha epoki scenografii.

Ciężko jest znaleźć w filmie sekwencje, które szczególnie wybijałyby się na tle całej produkcji. Moją uwagę przyciągnęła symboliczna scena malowania ust przez tytułową bohaterkę oraz zakończenie, choć nie wywołało ono u mnie ani jednej łzy. Być może innych widzów wzruszy „Imigrantka”, ale raczej nieliczne grono wczuje się w tę tragiczną opowieść. Talent Joaquina Phoenixa i nastrojowe zdjęcia to trochę za mało, aby skusić się na najnowszy obraz Jamesa Graya, któremu daleko jest do klasyki melodramatu.

Ocena: 2,5/5

Artykuł został opublikowany w portalu http://hatak.pl/ (http://hatak.pl/artykuly/emigracja-z-kina).

sobota, 15 lutego 2014

Niezwykle oryginalny romans

„Ona” jest pięknym, słodko-gorzkim filmem o uczuciach i relacjach (nie)międzyludzkich. Przedstawia futurystyczną, a zarazem zadziwiająco bliską i prawdziwą wizję świata. Symptomy nadzwyczajnych wydarzeń, które rozgrywają się na ekranie, możemy zaobserwować w realnym życiu, przez co historia romansu człowieka z komputerem jest nie tylko bardzo ciekawa i oryginalna, ale też przekonująca.

/Fot. Materiały prasowe
Theodore Twombly (Joaquin Phoenix) to wrażliwy i zamknięty w sobie mieszkaniec Los Angeles, którego praca polega na pisaniu wzruszających, osobistych listów. Jest w trakcie rozwodu, pogrążony w samotności (wygląda na to, że na własne życzenie) i marazmie. Na co dzień towarzyszą mu urządzenia sterowane głosem i gry komputerowe. Izolując się od przyjaciół, ucieka w wirtualny świat, choć w głębi serca tęskni za emocjonalnym ciepłem. Jego ponura egzystencja ulega zmianie, gdy zaopatruje się w nowoczesny system operacyjny będący czymś więcej niż zwykłym komputerem. To świadomość, która potrafi spełniać uczuciowe potrzeby ludzi. Między Theodorem a sztuczną inteligencją o imieniu Samantha (zmysłowy głos Scarlett Johansson)rodzi się fascynujący romans. Tytułowa „Ona” jest błyskotliwa, zabawna i seksowna, spragniona wiedzy i ciągłego rozwoju. Z  zaskoczeniem odkrywa, że coś wewnątrz niej się zmienia… Czuje, że od tego nie ma odwrotu, co napawa ją w równym stopniu strachem i radością.

W dzisiejszym świecie nie wyobrażamy sobie życia bez komputerów i internetu. Są nam potrzebne niemal do wszystkiego. Wykorzystujemy je do nauki, pracy, rozrywki, robienia zakupów, komunikacji, nawiązywania nowych znajomości. Reżyser obrazu „Ona”, Spike Jonze, idzie o krok dalej, pokazując, że możliwa jest miłość między człowiekiem a produktem technologicznym – a my wierzymy w opowiedzianą przez niego historię. Relacja między Theodorem a Samanthą jest bowiem niezwykle namacalna, prawdziwa i ludzka. Mają te same pragnienia i problemy co inne pary. Czule rozmawiają, dzielą się swoimi tajemnicami, wspierają, wygłupiają, kłócą i mają „ciche dni”. A nawet… uprawiają seks. Jest on pełen pasji i namiętności, chociaż odbywa się jedynie za pomocą słów. Mimo iż Samantha nie posiada ciała i nie może się przytulić do Theodore’a, ten niemal czuje jej fizyczną obecność. A my razem z nim… żałując jednak, że nie ujrzymy tej ciekawej istoty o ujmującym głosie i osobowości.

Trudno jest potępiać bohatera o to, że stworzył związek z komputerem, skoro wydaje się szczęśliwszy niż kiedykolwiek. Wewnętrzny marazm i smutek, których nie potrafił się pozbyć, znikają. Theodore pełen optymizmu i energii pozwala sobie na małe szaleństwa. Zmiana w jego zachowaniu jest doskonale widoczna na ekranie. Na początku widzimy, jak ze spuszczoną głową „włóczy nogami”, a potem roześmiany dosłownie biega i tańczy. Nie nosi już brązowych ubrań symbolizujących smutek i stagnację, w jego ubiorze częściej pojawia się kolor pomarańczowy, oznaczający szczęście. Barwy w „Jej” odgrywają szczególne znaczenie. Jest to film o uczuciach, a kolory kostiumów i przestrzeni, w jakich obraca się Theodore, przekazują informację o tym, co w danej chwili czuje. Mamy więc wspomniany kolor brązowy i pomarańczowy, a także czerwony (pragnienie miłości i jego następne spełnienie), żółty (zazdrość, ale i fałszywość) oraz biały (głęboki smutek).

Ważną informację o świecie wewnętrznym bohatera stanowi również światło. W chwilach radości jego twarz jest dosłownie skąpana w słońcu. Natomiast noc, pomijając przyjemne, intymne sytuacje z Samanthą, wiąże się z przygnębieniem, ponurymi refleksjami, wątpliwościami i wspomnieniami, od których nie chce lub nie może się uwolnić. Właśnie wtedy Theodore przeżywa największe emocje. Sprawdza się znana prawda, że nocą wszystko odczuwamy z większą intensywnością. O uczuciach wspaniale opowiada kamera, która niejednokrotnie bardzo powoli zbliża się do postaci, wyrażając w ten sposób narastające w niej emocje. Film obfituje w zbliżenia i często się zdarza, że twarz Theodore’a wypełnia cały kadr.

„Ona” to dogłębnie przemyślane i bardzo dobrze skonstruowane kino. Niezwykle świeży i interesujący scenariusz (moim zdaniem zasługujący na Oscara), błyskotliwe i zabawne dialogi, świetny montaż, dźwięk doskonale zgrywający się z obrazem oraz znakomite aktorstwo (Scarlett Johansson jest stworzona do tej roli i bije na głowę wszystkich, choć Joaquin Phoenix nie zostaje daleko w tyle) powodują, że film Spike’a Jonze’a chce się zobaczyć więcej niż jeden raz. „Ona” bawi i pobudza do refleksji ,uczulając na to, jak olbrzymi wpływ może mieć na nas nowoczesna technologia. Podczas seansu myślimy, że przecież to tylko symulacja, ale z czasem dajemy się porwać temu zaskakującemu, wirtualno-prawdziwemu romansowi. Przyznam jednak, że zakończenie nie wywołało we mnie wzruszenia. Wówczas najbardziej wyczułam nierealność i absurdalność całej sytuacji.

Ocena: 4,5/5

Artykuł został opublikowany w portalu http://hatak.pl/ (http://hatak.pl/artykuly/niezwykle-oryginalny-romans).